A A A

Z bólem czy bez

Następny problem, który staje przed rodzącą, to: rodzić siłami natury czy przy wsparciu medycyny? I znów do niedawna niemal każda matka marzyła o tym, aby jak najmniej cierpieć, i z ochotą przyjmowała każdą pomoc i każdą interwencję lekarza, zmierzającą do zmniejszenia bólu. Dzisiaj podchodzi się do tego z większą ostrożnością. Wynika to ze świadomości zagrożenia ciąży, samego porodu i noworodka. Mówiliśmy w poprzednim rozdziale, że we wszystkich tych trzech dziedzinach wzrasta patologia. Przyczyn jej szuka się w zagrożeniach środowiskowych, zwłaszcza pochodzenia chemicznego. Stąd nieufność do wszystkich dodatkowych środków farmakologicznych podawanych podczas porodu. A wszelkie analgetyki (środki znieczulające) to przecież chemia.

Są położnicy, którzy zdecydowanie kwalifikują ból porodowy jako destrukcyjny fizycznie i psychicznie, a więc niepotrzebny, i stosują różnego rodzaju znieczulenia, prowadzą porody sterowane, a więc takie, podczas których kieruje się akcją przyspieszając ją lub zwalniając, gdy zachodzi tego potrzeba. Słowem — stoją na stanowisku, że siłom natury trzeba pomóc, i od tego są właśnie lekarze, położna, nowoczesna aparatura medyczna, szeroki asortyment leków. Wielu jest położników, którzy z ogromnym zapałem walczą, aby upowszechnić porody znieczulane, widząc powołanie lekarza nie tylko w tym, aby pomóc w urodzeniu zdrowego dziecka i ochronić kobietę przed ewentualnymi złymi skutkami porodu, ale również w oszczędzeniu obojgu bólu i strachu związanego z trudami porodu.

Popularność zyskało sobie w ostatnich latach znieczulenie zewnątrzoponowe, jako najbezpieczniejsze dla płodu i najkorzystniejsze dla matki. Polega ono na wprowadzeniu środka znieczulającego do przestrzeni zewnątrzoponowej kręgosłupa na określonej wysokości, co powoduje całkowite wyłączenie z akcji nerwów czuciowych i zapewnia bezbolesny poród. Znieczulenie to, działając rozluźniająco na mięśnie, sprawia, że dziecko łatwiej prześlizguje się przez kanał rodny i ma zapewniony — jak to określają lekarze — komfort tlenowy. Jednocześnie — ponieważ ilość środka znieczulającego jest zróżnicowana w zależności od czasu trwania porodu, gdyż się go podaje sukcesywnie, przez wprowadzony wcześniej do przestrzeni zewnątrzoponowej cewnik — nie zachodzi obawa przedawkowania. Kobiety, którym zaaplikowano takie znieczulenie, twierdzą, że niesie ono ze sobą z niczym nieporównywalne uczucie ulgi i szczęścia, gdy w trakcie nasilającego się bólu nagle zostają od niego uwolnione i dalszy ciąg porodu jest już czystą radością. Dodajmy, że poród tak prowadzony wymaga zaangażowania anestezjologa lub też położnika z dodatkową kwalifikacją anestezjologiczną oraz — nieskomplikowanej wprawdzie, ale jednorazowej aparatury (cewnika i strzykawki), a także odpowiedniego środka znieczulającego.

Charakterystyczne natomiast, że znieczulenie zewnątrzoponowe stosuje się z reguły wobec kobiet chorych na serce po to, aby maksymalnie wyeliminować wysiłek przy porodzie, a także stres wywoływany bólem. Warto też wiedzieć, że obecnie częściej podejmuje się decyzję o dokonaniu cesarskiego cięcia, co u wielu nie poinformowanych wywołuje zdziwienie i lęk. A przecież gdy pomyślimy logicznie, uznamy, że o wiele lepiej dla matki i dziecka, jeśli ich męki trwają krócej, bo gdy kobieta z takich czy innych względów nie może sama urodzić, szybka w tym pomoc ogranicza niebezpieczeństwo uszkodzenia płodu, a jej samej oszczędza męczarni. Niegdyś uważano za dobry taki oddział położniczy, na którym dokonywano jak najmniejszej liczby cesarskich cięć, a dzisiaj — odwrotnie: mała ich liczba wzbudza niepokój, czy aby dobrze jest tu postawiona diagnostyka, czy nie podchodzi się do problemu porodu zbyt tradycyjnie ze szkodą dla matki, a zwłaszcza dla dziecka, które zbyt długo przepychając się przez kanał rodny doznać może uszkodzeń (pamiętajmy, że pcha się na ten świat głową...), nie mówiąc o stresie, którego rozmiarów i skutków dziś jeszcze nauka nie potrafi do końca określić.

Bez względu jednak na sposób, w jaki się ma odbyć poród: w domu czy w szpitalu, z bólem czy bez bólu, musi mu towarzyszyć świadomy wysiłek położnicy, która poprzez odpowiednie zachowanie się powinna pomóc sobie i dziecku.

Ale i u nas są położnicy, którzy doceniają potrzebę aktywizacji ojca dziecka tak w okresie prenatalnym, jak i podczas samego porodu. To oni otwarli przed ojcami drzwi do szkół rodzenia, które istnieją u nas niemal w każdym większym mieście. Jedną z najbardziej zasłużonych jest — o czym już wspominałyśmy — Szkoła Rodzenia w Łodzi, założona przez doc. dra med. Włodzimierza Fijałkowskiego. Swe bogate doświadczenia opisał dr Fijałkowski w cytowanej już przez nas książce Spotkania w szkole rodzenia. Przytacza on w niej m.in. poglądy wybitnych naukowców-położników i psychologów na temat psychologii prenatalnej i psychologii porodu, zaprezentowane na różnych międzynarodowych spotkaniach, w których kładzie się nacisk na potrzebę zapewnienia kobiecie rodzącej takiego spokoju i bezpieczeństwa, jakie ma w domu.

„Wyrwanie kobiety rodzącej z jej ekologicznego środowiska powoduje zakłócenia, warunkujące przedłużanie się porodu — cytuje W. Fijałkowski opinię holenderskiego badacza w dziedzinie zoologii porównawczej C. Naaktgeborena. — Znalezienie się w otoczeniu nieznanym i obcym może zahamować czynność skurczową macicy. Jeśli nawet kobieta jest przekonana o zaletach rodzenia w szpitalu, zmiana środowiska może zaburzać jej wewnętrzne rytmy biologiczne...". W celu zapobieżenia tego rodzaju ujemnym skutkom Naaktgeboren postuluje poszerzony zakres przygotowań do porodu, modernizację sal porodowych i dopuszczenie ojca do czynnego udziału w porodzie.

Oto fragment wykładu Naaktgeborena, wygłoszonego na V Sympozjum Psychologii Prenatalnej w Salzburgu w 1978 roku:

„Dom rodzinny, analogicznie jak u zwierząt, jest gniazdem człowieka. Jeśli poród ma się odbywać w szpitalu, należy przenieść najważniejsze elementy tego środowiska do szpitala". Przy czym mówca miał tu na myśli przede wszystkim obecność ojca.

W. Fijałkowski, mówiąc o polskich doświadczeniach w tej dziedzinie, zwraca uwagę na film oświatowy Anny Dyrki-Brzozowskiej pt. 10 pierwszych minut — inaczej, zrealizowany w 1977 roku.

„Przed czołówką filmu pokazano obowiązujące dziś postępowanie z noworodkiem od momentu jego rodzenia się. Zawarte w tytule słowo »inaczej« sygnalizuje właściwą proporcję: kobieta rodzi samodzielnie po odpowiednim przygotowaniu w szkole rodzenia. Sama kontroluje nasilenie parcia, pozostając w łączności wzrokowej i słownej z lekarzem. Główka dziecka wyłania się z półmroku. Po urodzeniu się barków widać ręce lekarza podtrzymujące dziecko, przy czym zostają one zastąpione natychmiast przez ręce matki, która przenosi noworodka na wklęsły już wówczas, a przy tym ciepły i wilgotny brzuch. Dziecko daje wyraz swemu doskonałemu samopoczuciu: ziewa, przeciąga się, uśmiecha. Jego pierwszy krzyk nie przypomina okrzyku zgrozy i przerażenia. Słychać rozmowę obojga rodziców, chociaż kamera nie pokazuje obecności męża".

Cytujemy tak obszernie fragmenty z pracy dra Fijałkowskiego z dwu powodów: po pierwsze, aby dać świadectwo faktowi, że i u nas czołówka lekarzy położników walczy o humanizację porodu, o uwzględnienie w postępowaniu najnowszych osiągnięć wszystkich dziedzin wiedzy, a po drugie, aby wyposażyć przyszłych rodziców w informacje na ten temat. Po to m.in., żeby się upominali o swoje prawa, żeby mieli odwagę powiedzieć lekarzowi czy położnej przyjmującym poród, że pragną, aby natychmiast po urodzeniu noworodek był położony na brzuchu matki, pomiędzy jej piersiami — jeśli zaś tego nie będą chcieli honorować, by matka umiała się o to upomnieć. Aby miała do tego odwagę, musi sama dobrze zrozumieć, czym dla dziecka jest opuszczenie jej łona. Powinna wiedzieć, że z miłego, zacisznego, ciepłego miejsca, gdzie było huśtane, karmione, wydostaje się ono na świat obcy, zimny, jasny, krzykliwy. W dodatku owo przejście z jednej sytuacji w drugą jest nieraz potwornie ciężkie. Wyobraźmy sobie małą, delikatną główkę noworodka, przeciskającą się przez wąski kanał rodny. Jedynym głosem znanym dziecku w okresie prenatalnym jest głos matki. Jeśli dobiega go ten głos, gdy się rodzi, wydostaje na drugi brzeg, to jest to jak kładka, jak pas ratunkowy. I właśnie z tych i wielu innych względów matka ma prawo żądać, aby jej dziecko było przy niej, gdy się urodzi.