A A A

W domu — ale z lekarzem

Cywilizacja wyrwała położnicę z domu do sterylnych warunków szpitala. Okazały się one jednak nie tak bardzo sterylne, a w każdym razie dzisiaj, tam gdzie standard mieszkaniowy zdecydowanie się podniósł, można myśleć o rodzeniu w domu. Z jednym zastrzeżeniem: że wszystko przebiega prawidłowo, że podczas porodu nie wystąpią komplikacje. A tego nie da się przewidzieć. W każdym razie — nie zawsze. Wśród położników mówi się: „Końca porodu i końca wojny nigdy nie można przewidzieć". I nawet jeśli uwzględnimy przesadę zawartą w tym powiedzeniu, zgodzimy się, że każdy poród niesie ze sobą jakiś procent ryzyka. Statystyki, prowadzone przez oddziały położnicze, wykazują, że liczba powikłań przy porodzie wzrasta. Zwiększa się też liczba noworodków o mniejszej wadze urodzeniowej, co świadczy prawie zawsze o nieprawidłowym rozwoju wewnątrzmacicznym dziecka wskutek działania jakiegoś czynnika zewnętrznego. Te fakty przemawiają za tym, że poród powinien przebiegać w warunkach najbardziej bezpiecznych, to znaczy w takich, które zapewniają pomoc lekarską i pielęgnacyjną.

Tak więc na pytanie, gdzie rodzić: w domu czy w szpitalu?, trudno dać jednoznaczną odpowiedź. Musi o tym zdecydować sama położnica i jej najbliżsi. Biorąc pod uwagę fakt, iż nasza służba zdrowia w ogóle nie jest nastawiona na pomoc przy po-rodzie odbywanym w domu, bezpieczniej — mimo wszystko — rodzić w szpitalu, ale nie przedłużać tam pobytu i nie oponować, gdy lekarze wypychają matkę i dziecko po trzech dniach do domu. Tak jest lepiej i bezpieczniej dla obojga. Zmniejsza się za-grożenie infekcją, o którą nietrudno na oddziałach położniczych i noworodkowych, a przede wszystkim im prędzej kobieta wyrwie się z tej taśmy produkcyjnej, jaką jest u nas przeciętny oddział położniczy, tym szybciej mija szok związany z porodem.