A A A

Precz z kleikami

Dziecko chore wymaga oczywiście innej diety aniżeli dziecko zdrowe. Przede wszystkim musi jeść rzeczy lekko strawne i przyjmować dużo płynów. Wiele matek usilnie wpycha chorym dzieciom różne zawiesiny, choć są one często dla nich wręcz nie-wskazane. Wszelka taka zawiesina, jak kaszka czy kisiel, okleja błonę śluzową przełyku, jamy ustnej, gardzieli, dalej — ścianki jelit, które „zakitowuje", działając paraliżująco na ich perystaltykę, czyli ruch robaczkowy, który uruchamia trawienie. A przecież w chorobie, gdy dziecko leży, kiszki są i tak zleniwiałe. Dzieci dostają nudności i nieraz, gdy nieubłagana matka zmusi je do przełknięcia kleiku czy kisielu, dostają wymiotów. Tak się właśnie broni zgwałcony organizm.

Wsłuchajmy się pilniej w dziecko: gdy chore, prosi np. często o podanie wody, nie kompotu, nie soku, ale wody. I trzeba mu podać właśnie zwykłą, przegotowaną wodę i — broń Boże — nie ciepłą, ale zimną (oczywiście nie lodowatą), bo dziecko ma się tą wodą nie tylko napoić, ale także ochłodzić. Doprawdy w wielu przypadkach powinniśmy zadośćuczynić prośbom dzieci, gdyż często domagają się one właśnie tego, co jest potrzebne ich organizmowi.

Rodzice często podają dziecku zaparzony kwiat lipy, rumianku czy mięty, nie mówiąc o herbacie. Otóż trzeba wiedzieć, że wszystkie te rośliny zawierają bardzo dużo garbnika, który jest dla dzieci zdecydowanie szkodliwy. Pojęcie garbnik kojarzy się ze skórą. Otóż właśnie garbnik, zawarty w pożywieniu, działa niekorzystnie na śluzówkę dziecka, usztywnia ją, a tym samym wysusza, co jest zdecydowanie nie-pożądane. Trzeba zastrzec, że to, co niekorzystne dla dzieci, może być pożyteczne dla dorosłych. Jeśli chcemy się przekonać o garbujących właściwościach herbaty, spróbujmy po wypiciu szklanki mocnej herbaty zjeść plasterek cytryny. Stwierdzimy wówczas, że nasze podniebienie i przełyk są jakby lekko znieczulone. To jest właśnie rezultat działania garbnika.

Kolejnym nieporozumieniem, związanym z pielęgnacją chorego dziecka, jest stosunek do soli. Nie wiadomo, dlaczego utarło się przekonanie, że sól dla dziecka jest szkodliwa. A to nieprawda.

Jak już mówiliśmy, dziecko w gorączce wyparowuje wiele wody, a z nią traci chlorek sodu, czyli sól, i trzeba ją uzupełnić, pamiętając, że sól wiąże wilgoć, przytrzymuje ją jakby w organizmie. Szczególnie dużo soli traci dziecko przy wymiotach. Zachodzi wtedy obawa, że w żołądku mogą zajść niekorzystne procesy chemiczne, utrudniające czy wręcz uniemożliwiające trawienie. Trzeba wtedy szybko uzupełnić brak soli, nawet przez, podanie szczypty soli czy słonej wody.

Co podać — pytają nieraz rodzice — żeby zahamować wymioty? Przede wszystkim sól, bo jej brak w żołądku wywołuje kolejne wymioty.

Niektóre matki, w najlepszej wierze, torturują wprost swoje dzieci. Oto na przykład w pewnej rodzinie podawano dzieciom w gorączce mleko z koglem-moglem, masłem, miodem i terpentyną (kilka kropel na szklankę). Tę potworną, piorunującą mieszaninę wlewano w nieszczęsne dzieci w przekonaniu, że jest to eliksir, który leczy wszystkie prze-ziębienia, zwłaszcza nosogardzieli. Kończyło się to nieodmiennie torsjami, co bynajmniej rodziców nie zrażało do „cudownego" leku. „Dzisiaj, po upływie lat, czuję na podniebieniu smak tego paskudztwa" — wspomina dręczona niegdyś przez rodziców pani i opowiada, że byli oni tak fanatycznie przekonani o cudownych właściwościach tej mieszaniny, że gdy tylko spostrzegli u córki najlżejsze objawy przeziębienia, momentalnie ją aplikowali.

Notabene przy takim upartym wprowadzaniu do organizmu pokarmu, który on odrzuca, mogą się utrwalić wymioty nawykowe i wtedy już mamy do czynienia z nerwicą narządową. Ten swego rodzaju negatywizm może się manifestować jako narządowy, jak i jako psychiczny. Na przykład „wszystko na nie", właściwe dla przełomu trzeciego i czwartego roku życia dziecka, może się utrwalić jako nawyk psychiczny wskutek niekorzystnych warunków wychowawczych, które znerwicują dziecko.