A A A

Policzmy zyski i straty

Wracając do przykładu małżeństwa studenckiego, zastanówmy się, czy nie byłoby lepiej, aby każde z rodziców kolejno wzięło roczny urlop dziekański, by nieprzerwanie sprawować opiekę nad dzieckiem. Wbrew pozorom koszt takiej organizacji życia jest mniejszy aniżeli podrzucanie dziecka innym osobom, nawet najlepszej babci. Bo egzamin można powtórzyć i jeśli rozpocznie się pracę zawodową o rok później, też nic się nie stanie, natomiast zaburzenia psychoemocjonalne, które wystąpią u dziecka w wyniku rozłąki z matką, mogą rzutować ujemnie, czasem na całe życie.

Jeśli nawet istnieją wśród naukowców pewne rozbieżności sądów co do trwałości i głębi zaburzeń

Wywołanych takimi przyczynami, to jedno nie podlega dyskusji: okres niemowlęcy (od 0 do końca pierwszego roku życia) i poniemowlęcy (drugi i trzeci rok życia) decydują o rozwoju dziecka jako człowieka. Dlatego powinniśmy dołożyć wszelkich starań, aby zapewnić małemu dziecku jak najlepsze warunki, a przede wszystkim właściwą opieką indywidualną sprawowaną przez osobę kochającą dziecko, najlepiej matkę, ale może też być nawet całkiem obca osoba, byle była stale ta sama, oddana dziecku i przez nie akceptowana. Bywają przecież sytuacje losowe, kiedy matka nie może sama zajmować się dzieckiem, więc gdy musi być ktoś inny, to starannie dobrany, zdecydowany zajmować się dzieckiem przez dłuższy czas.

Dziecko, które w pierwszych latach życia miało zapewnioną czułą i rozumną opiekę kochającej je osoby, w kontaktach z nią wykształci w sobie zdolność do szerszych kontaktów społecznych, dzięki czemu łatwiej mu będzie w dalszym życiu. Nie obarczone kompleksami łatwiej zaakceptuje otoczenie i będzie przez nie dobrze przyjmowane.

Podkreślamy ten moment, gdyż całe życie człowieka jest w znacznym stopniu warunkowane poziomem jego uspołecznienia. Zaniedbanie starań o to, aby dziecko we właściwym momencie wchodziło w coraz szersze kontakty z ludźmi, żeby miało na każdym etapie rozwoju kontakt z rówieśnikami, jest poważnym błędem wychowawczym, niestety, często popełnianym przez współczesne młode małżeństwa. Składa się na to wiele przyczyn, nie tylko nieznajomość kanonów pedagogicznych. Rodzice są zapracowani, biegną od jednego zajęcia do drugiego, słabną w tych warunkach więzi z dalszą rodziną, nie ma się też czasu i sił, aby nawiązywać przyjaźnie z sąsiadami. Odwrotnie, w wielu przypadkach wręcz unika się z nimi kontaktu i nie pozwala dzieciom zapraszać do siebie rówieśników z sąsiedztwa oraz do nich chodzić.

A przecież współczesne matki umęczone są tym, że dzieci ciągle domagają się ich obecności i nie potrafią same się bawić. A dlaczego miałyby się same bawić, gdy wokół tyle dzieci? W pokoleniu, do którego należą autorki tej książki, dzieci były nieszczęśliwe, gdy musiały z jakichś powodów tkwić przy rodzicach i gdy tylko nadarzała się sposobność, biegły do dzieciaków, na podwórko czy do przyjaznego domu, otwartego dla dzieci. Co najwyżej trzeba było poddać się pewnym rygorom: „Tylko za bardzo nie hałasujcie, nie bałagańcie, no i buty proszę zdjąć!"