A A A

Chce być samodzielne

Oczywiście, Pawełek tego wszystkiego nie mówi, ani nawet nie myśli, ale instynktownie, podświadomie ma żal do matki, zachowuje się więc agresywnie, chce ją maksymalnie zaabsorbować swoją osobą. Niestety, ona popełnia dalsze błędy: dziecko chwyta łyżkę i chce samo jeść, ale matka nie ma czasu na taką zabawę. Daje mu „po łapie" i sama pakuje mu do buzi łyżkę za łyżką. Pawełek rozżalony wypluwa jedzenie. Oczywiście dostaje w pupę. Dziecko jest już całkowicie roztrzęsione, rozbite, płacze, rzuca się na ziemię. Matka, zrozpaczona, że jej się ciągle nie udaje, ale wreszcie i zaniepokojona stanem chłopca, bierze go w ramiona i próbuje uspokoić. Malec ucisza się, ale w miarę jak matka przemawia do niego, zaczyna się bić po twarzy.

Takie reakcje spowodowały, że rodzice Pawełka postanowili pójść z nim do psychologa. Zalecił spokój, łagodność, zabronił bicia dziecka, powiedział, żeby okazywać dziecku miłość, szacunek i rozszerzać granice wolności.

Ale co to znaczy „rozszerzać granice wolności?" A więc, gdy np. dziecko zdradza już chęć do samodzielnego jedzenia, a zdradza ją wcześnie, bo we wszystkim stara się brać przykład z dorosłych, więc jak tylko potrafi utrzymać łyżkę w ręku i trafić nią do buzi i chce jeść samo, to nie wolno go powstrzymywać. Przeciwnie, należy pomóc mu, gdyż opanowanie tej umiejętności daje radość, satysfakcję. Oczywiście, ucząc się samodzielnego jedzenia, dziecko nieraz rozleje zupkę, pobrudzi siebie i obrus, a nawet podłogę, co nie powinno nas denerwować, za co — broń Boże — nie powinniśmy dziecka karcić, ale pouczyć łagodnie, że trzeba uważać, skorygować ruchy, wytrzeć dziecku rączki i buzię, zetrzeć podłogę, a obrusa lepiej w ogóle nie używać, tylko ceratę. Może się zdarzyć, że dziecko po jedzeniu zsunie nakrycie rączką na podłogę. Jest to często spotykany odruch. Licząc się z tym, podawajmy dziecku jedzenie w naczyniach plastykowych lub blaszanych, gdyż zanim się nauczy, że talerza po zjedzeniu nie należy w ogóle odsuwać, będzie go przez jakiś czas „odsuwało" aż poza krawędź stołu. Początkowo takie usamodzielnienie dziecka będzie nas kosztowało trochę czasu, ale kiedy już nauczy się samo jeść, zyskamy czas, który możemy przeznaczyć na inne zajęcie. Najważniejsze jednak, że dziecko cieszy się swoją samodzielnością i jedzenie z zajęcia nudnego staje się przyjemne i oczekiwane.

Wiele sytuacji możemy kreować w taki sposób, że dziecko wciągnie się w nasze zajęcia i z ochotą będzie nam pomagać np. w przygotowaniach do kąpieli, do pójścia na spacer, do snu. Wymaga to jednak cierpliwości i wyobraźni. Musimy się starać zrozumieć, czego pragnie, co mu jest w konkretnej sytuacji potrzebne, i uczyć się respektować jego pragnienia w miarę naszych możliwości, ale z najlepszą wolą.

Dzieci na ogół nie lubią się ubierać. Często właśnie dlatego wyjście na spacer łączy się z napięciami. Zwłaszcza w zimie, gdy trzeba nakładać ciepłe okrycia, często niewygodne i krępujące ruchy. W dodatku dziecko lubi) np. zieloną czapeczkę, a nie lubi czerwonej, w której mu jest — według matki — ładniej. Więc matka na siłę wpycha na dziecko czerwoną czapeczkę, mimo jego gwałtownych protestów. Ale właściwie jakim prawem matka sprzeciwia się w tym przypadku woli dziecka? Przecież nie chodzi tu o jego dobro. Nie wolno dla swojego widzimisię narzucać dziecku czegokolwiek. W przypadku konfliktu na tle czapeczki naruszamy dwa fundamentalne prawa dziecka: do wolności i do szacunku.

Może ktoś powiedzieć, że to błahy przykład. Owszem, ale właśnie na takim przykładzie widzimy, jak notorycznie są naruszane prawa dziecka i jak powszechna jest wśród rodziców nieświadomość istnienia w ogóle tych praw. Gdy ma dwa lata,, zaczyna się od uporu przy czapeczce, a w miarę jak rośnie, konflikt rozciąga się na coraz większą liczbę spraw. A może należy zacząć od próby zrozumienia, dlaczego dziecku podoba się ta, a nie inna czapeczka? Może nie lubiana drapie, „gryzie", a może uporczywie zsuwa się z głowy podczas biegania? Bardzo często niechęć do czegoś ma swoje racjonalne podłoże, tylko my, dorośli, nie zadajemy sobie trudu, aby to zbadać. Nawet jednak gdy nie możemy się doszukać racji w żądaniu dziecka, nie wolno nam sprzeciwiać się jego woli tylko dla zaakcentowania naszej przewagi, jeśli tej racji bezwzględnej nie ma lub też sprawa nie wiąże się jednoznacznie z dobrem dziecka.

Gdy dziecko kończy pół roku, staramy się o kojec. Marzymy o tym, aby wsadzić je do kojca i mieć spokój. To zrozumiałe. Gdy zaczyna pełzać, staje oko w oko z tysiącem zagrożeń. Aby je przed nimi, ustrzec, nie moglibyśmy robić niczego1 innego, tylko je mieć nieustannie na oku. A to przecież niemożliwe, musimy wykonać mnóstwo czynności. Ładujemy więc dziecko do łóżeczka z siatką czy wysokimi sztachetkami, a w najlepszym przypadku — do owego kojca. Wiele dzieci poddaje się temu bez, skargi, ale dla wielu kojec jest miejscem dramatycznym. Zwłaszcza gdy już mają rok i więcej. Nienawidzą kojca, duszą się w nim. Nie wolno tego, rodzicom lekceważyć, nawet gdyby to było dla nich bardzo trudne. Trzeba takiemu dziecku pobyt w kojcu jakoś urozmaicić, umilić, związać z nagrodą, nie trzymać go w nim zbyt długo, nie więcej, niż tego wymaga bezwzględna potrzeba. Pamiętajmy, nie wszystkie dzieci są jednakowe. Niektóre tak źle znoszą przymus, spętanie, ograniczenie swobody ruchów, że nierespektowanie tego może się źle odbić na psychice dziecka i jego rozwoju.