A A A

Anonimowo i taśmowo

Spróbujmy spojrzeć na tę sprawę racjonalnie, bez bałwochwalstwa wobec sił natury, ale też krytycznie w stosunku do medycyny. Ucieczka od rodzenia w szpitalu z pewnością jest w jakimś stopniu spowodowana tym, że w większości szpitali rodzenie stało się aktem fizjologicznym, odartym z głębszej treści, rodząca — przypadkiem numer X, nowo narodzone — przypadkiem numer Y. A tymczasem narodziny, podobnie jak i śmierć, wymagają intymności, zindywidualizowanego podejścia, skupienia myśli i uczuć najbliższych przy tym, kto przechodzi swoją najważniejszą — pierwszą czy ostatnią próbę życiową. Wielu lekarzy zapomniało lub może nawet nigdy nie wiedziało o tym, że zdrowszy i mocniejszy jest ten, kto spokojny i szczęśliwy. Nie zwracają oni najmniejszej uwagi na stan świadomości rodzącej, na jej samopoczucie, nie odwołują się do jej emocji. Obojętność, a nawet często szorstkie traktowanie ze strony lekarzy, pielęgniarek i całej obsługi szpitalnej niejedna kobieta wspomina jako coś najgorszego, a w każdym razie de-prymującego. Minusem porodu szpitalnego jest też odłączenie dziecka od matki natychmiast po porodzie na okres niemal doby. Każda kobieta odczuwa to jako przykrość, jako swego rodzaju gwałt, gdyż pragnie od razu dokładnie obejrzeć swoje dziecko, dotknąć je, czuć je przy sobie. Również maleństwo łatwiej znosi szok, jakim jest — o czym już wiemy — odłączenie się od organizmu matki, opuszczenie przytulnego, ciepłego i bezpiecznego zacisza na rzecz zimnego, pełnego zgiełku i światła otoczenia, gdy czuje przy sobie matkę, słyszy jej głos, czuje zapach.

Nieprzerwany kontakt noworodka z matką ma też doniosłe znaczenie dla kształtowania się prawidłowych relacji uczuciowych w przyszłości. Tak pisze o tym Alicja Blaim w pracy pt.: Biomedyczne problemy rozwoju dziecka:

„Koza odrzuca swoje koźlątko, jeśli bezpośrednio po urodzeniu oddzielić je na 1 godzinę od matki, natomiast przyjmie je za swoje, jeśli co najmniej przez 10 minut po porodzie pozostawało ono przy niej. Małpia matka nie zaakceptuje swego noworodka, jeśli po urodzeniu oddzieli się go od niej na 24 godziny.

Zgromadzono obecnie wiele dowodów wskazujących na to, że u człowieka bezpośredni kontakt położnicy ze swym nowo narodzonym potomkiem w pierwszych 16 godzinach po porodzie ma również istotne znaczenie dla wzbudzenia i rozwoju uczucia miłości macierzyńskiej, że jest to u kobiety okres zwiększonej, specjalnej gotowości do odpowiedzi hormonalnej i emocjonalnej na kontakt z dzieckiem, obejmujący doznania wzrokowe i dotykowe. Liczne, porównawcze badania dwu grup matek: jednej, której umożliwiono długotrwały kontakt ze swymi dziećmi wkrótce po porodzie, i drugiej, która otrzymywała noworodki do karmienia dopiero w drugiej dobie po porodzie — wykazały, że następnie w zachowaniu matek pierwszej grupy było więcej objawów silniejszej więzi i akceptacji swych dzieci, dłużej utrzymywało się wydzielanie pokarmu. Dzieci matek pierwszej grupy miały znacznie wyższe wskaźniki rozwoju umysłowego i psychoemocjonalnego".

Dziwne, ale ta wiedza z trudem toruje sobie drogę do świadomości wielu lekarzy położników, a zwłaszcza do organizatorów oddziałów położniczych. Dzieci odrywane są od matek natychmiast po urodzeniu, jak tylko ustanie tętnienie pępowiny, i przekazywane pod opiekę pediatrów i pielęgniarek, pracujących na oddziałach noworodków. 

Co więcej, panuje przekonanie, że tak jest lepiej i dla matki, i dla dziecka. Dla matki, bo ma spokój po trudach porodu, dla dziecka — bo zostanie należycie zbadane, zważone, zmierzone, umyte itd.

Od pewnego czasu w klinikach położniczych na Zachodzie wprowadza się zwyczaj ustawiania łóżeczek dzieci przy łóżkach matek. U nas — daleko jeszcze do tego, choć kilku wybitnych lekarzy położników od dawna już walczy przeciwko oddzielaniu noworodków od matek. Jest faktem, że preferowany obecnie styl wymaga bogatszego zaplecza szpitalnego niż to, którym możemy się pochwalić w naszym kraju, ale jest też prawdą, że gro położników i pediatrów nie ma dostatecznych informacji na ten temat i nie docenia wagi kontaktu między matką i dzieckiem od pierwszej chwili po jego urodzeniu.

Kolejnym minusem porodu w szpitalu jest anonimowość. Dla każdej kobiety, albo dla prawie każdej, urodzenie dziecka jest czymś niezwykłym i szczęśliwym. Chciałaby w tej doniosłej chwili swojego życia mieć przy sobie kogoś bliskiego, najchętniej ojca dziecka. Jednakże o tym w naszych szpitalach położniczych nie ma co marzyć, ojciec dziecka jest intruzem. Ile energii wydatkuje się na to, aby przemycić liścik, trochę żywności, jakieś smakołyki, żeby się zobaczyć, chociaż przez okno. „O 12 będę stała w czwartym oknie od lewej strony na drugim piętrze. Przyjdź koniecznie!" — śle sygnał młoda mama, która w chwilę po przebytym szczęśliwie porodzie niemal tak bardzo jak dziecko pragnie zobaczyć swojego ukochanego. I ten „urywa się" z pracy i pędzi, aby zobaczyć twarz swojej dziewczyny, odebrać przesłanego w powietrzu całusa i pomachać jej ręką.

Oto jak pisze o swoim porodzie, odbytym na jednym z najlepszych w Warszawie oddziałów położniczych, mama małego Antosia:

„Szpital, w którym się znalazłam, ma wprawdzie wspaniałych lekarzy, ale za to okropne warunki lokalowe, a co za tym idzie — sanitarno-higieniczne. Wszystkie kobiety, z którymi się zetknęłam podczas pobytu w szpitalu, zapewniały, że mają w domu stokroć lepsze warunki aniżeli tutaj. Przede wszystkim nie można się porządnie umyć ani załatwić. Wszystkie te urządzenia są brudne i notorycznie niesprawne. Kto tego nie przeszedł, nie może sobie wyobrazić, jaka to męka, gdy się nie można porządnie umyć. Pościel, na której leżą położnice, jest rzadko zmieniana i jeśli któraś ma pecha i musi pozostać tu dłużej, pod koniec pobytu leży ciągle w tej samej pościeli, pokrwawionej, zalanej pokarmem, zesztywniałej od tego.

Kolejka do łazienki, kolejka do ubikacji, kolejka do telefonu... Kobiety są tak poniżone, że akt macierzyństwa traci w tych warunkach całą swoją wzniosłość. I jeszcze to poczucie osamotnienia. Z nikim z zewnątrz nie można się kontaktować. Bo zarazki. Pusty śmiech ogarnia człowieka, gdy sobie uprzytomni paradoksalność tych obaw w tych tutaj warunkach".

Tak to mniej więcej u nas wygląda. A więc położnica przychodząc do szpitala nie tylko musi pokonać strach przed cierpieniem fizycznym, związanym z porodem, i obawę, czy urodzi żywe i zdrowe dziecko, ale przeżywa dodatkowy stres, związany z pozbawieniem jej możliwości zaspokajania pod-stawowych potrzeb, do których należy również potrzeba kontaktu z najbliższymi. W wielu szpitalach położniczych na Zachodzie próbuje się łagodzić ten stres poprzez dopuszczenie na salę porodową ojca dziecka, który, jak np. w Szwecji, jest obecny podczas porodu, wspomaga rodzącą moralnie, wykonuje różne drobne czynności pielęgnacyjne, a najważniejsze — jest przy niej. Jest tylko dla niej i zajmuje się tylko nią. Oczywiście, tak pozostawienie dziecka przy matce od pierwszej chwili po urodzeniu, jak i obecność ojca przy porodzie wymagają odpowiednich warunków lokalowych. Jednak nie mniejszą przeszkodą jest niechęć wielu lekarzy do tego rodzaju nowinek. Nazywają to niektórzy nowomodnymi wymysłami, choć, jak się dobrze zastanowić, to przecież nic nowego, gdyż dawniej, kiedy się rodziło w domu, było rzeczą normalną, że dziecko zostawało przy matce, a ojciec, choć rzadko asystował bezpośrednio przy porodzie, był podczas jego trwania blisko, gotów zjawie się na każde wezwanie.