A A A

„NIENIARZ"

Wyniki wielu badań, przeprowadzonych przez pedagogów, psychologów i psychiatrów na całym świecie, są jednoznaczne: dzieci wychowywane rygorystycznie, trzymane surowo i bite stają się nieufne i agresywne. Odbierając zachowanie się rodziców jako nieżyczliwe, oczekują takiego samego traktowania ze strony innych ludzi i wobec tego1 same nastawiają się obronnie, a więc nieżyczliwie wobec świata. Utrudnia to stosunki z ludźmi, sprzyja ukształtowaniu się osobowości niezdolnej do uspołecznienia, a więc takiej, która w każdej fazie życia (na etapie przedszkola, szkoły, uczelni, zakładu pracy) napotykać będzie trudności w układaniu sobie stosunków z ludźmi.

Charakterystycznym odruchem dziecka, które wkracza w swój pierwszy trudny okres, jest reakcja na „nie". Rodzice są na ogół bardzo zaskoczeni tym, że ich spokojne, zgodne i łagodne dziecko staje się niemal z dnia na dzień jakieś inne, „opozycyjne". Coraz częściej przejawia niechęć wobec poleceń rodziców, staje się agresywne i niemiłe.

„Gdzie się podziała ta dobra Małgosia — mówi mama do córeczki — i skąd się wzięła ta zła? Odejdź. Nie chcę cię!" Niby żartem, ale, w gruncie rzeczy, całkiem serio. Mama i tata są bezradni wobec nieoczekiwanych przejawów samodzielności dziecka, manifestujących się głównie sprzeciwem. Uważają, że się „zepsuło". „Ale dlaczego? — pytają — przecież nasze postępowanie się nie zmieniło". I szukają przyczyn w zgubnym wpływie rówieśników: „Odkąd Oleś bawi się z tym Krzysiem od sąsiadów, zmienił się nie do poznania. Na gorsze, oczywiście". „Odkąd Bożenka chodzi do żłobka, to1 zupełnie inne dziecko. Nabrała złych przyzwyczajeń. Ciągle naburmuszona, wszystkiemu się sprzeciwia".

Bardzo dobrze ujął tę kwestię mały Antoś (2 lata i 7 miesięcy), który na pytanie babci: „Dlaczego ty, Antosiu, ciągle dzisiaj mówisz — nie i nie?" — odpowiedział: „Bo ja dzisiaj jestem Nieniarz".

„A nie możesz być Takarz? — nie straciła kontenansu babcia. — Nie, jutro będę Takarz" — zdecydowanie oświadczył Antoś. Chłopiec wszedł w okres, w którym — poprzez zaprzeczenie — zyskuje potwierdzenie swojej osobowości, wyodrębnia się, gdy dotychczas był cieniem mamy, ojca, babci, potulnie zgadzając się na ich wszystkie propozycje. To się już skończyło. Bezpowrotnie. I choć minie dziecku ten negatywizm, już nie wróci do bezkrytycznej ufności wobec dorosłych. Odtąd będą się oni musieli bardziej starać, aby dziecko uznało słuszność ich racji.

Ten moment wymaga od rodziców wzniesienia się jakby na wyższy poziom wiedzy pedagogicznej, przemyślenia dotychczasowego postępowania. Weźmy na przykład taktykę rozstań z dzieckiem. Gdy jeszcze całkiem małe: rok, półtora, matka może wymknąć się niespostrzeżenie i dziecko, zabawione przez drugą osobę, nie zareaguje na to niekorzystnie. Ale to się już nie udaje przy starszym dziecku.

Mała Agnieszka, wychowywana przez matkę do trzeciego roku życia, dramatycznie zaczęła reagować na rozstania, gdy ta musiała podjąć pracę zawodową. Ustalono taki model, że mama znika, gdy dziecko bawi się z opiekunką na podwórku.

Kiedy jednak raz i drugi Agnieszka po powrocie do domu stwierdziła brak matki, odmówiła w ogóle wychodzenia z opiekunką na dwór. Kolejnego dnia, gdy w sukurs przyszła babcia, z którą dziecko było bardzo związane, Agnieszka nie pozwoliła jej odejść, wczepiła się w nią i zanosząc się od płaczu, wołała: „Musisz mnie wziąć ze sobą, nie możesz mnie zostawić!'^ gdy wieczorem mama odbierała dziewczynkę od babci, Agnieszka powiedziała: „Nie martw się, ja od ciebie nie ucieknę, ja przyjdę, bo ja ciebie kocham".

Mama i babcia zrozumiały, że dziecko niesłychanie dramatycznie przeżywa rozstania z matką, że czuje się przez nią oszukane, nie dość kochane i że wobec tego trzeba coś zrobić, żeby się w dziecku nie utrwalił żal do matki i lęk, że ją może stracić. I doszły do wniosku, że będzie o wiele lepsze uświadomienie dziewczynce i powtarzanie tego codziennie rano, że matka musi iść do pracy, że do pracy chodzą wszyscy dorośli ludzie, ale przecież wracają do domu, a więc i mama wróci i wracać będzie codziennie. I choć ta metoda postępowania nie była łatwa, bo dziewczynka żegnała matkę płaczem jeszcze przez długi czas, to jednak szybko się potem uspokajała, a gdy zbliżała się pora powrotu matki, wyczekiwała jej radośnie, nie zdradzając już lęku ani nerwowości.

Trzeba uchwycić moment, kiedy dziecku można już różne rzeczy wytłumaczyć i starać się wtedy zracjonalizować poszczególne trudne sytuacje, traktując dziecko naprawdę jak partnera. Może się to nam z początku nie udawać, ale z czasem, gdy będziemy konsekwentni, dziecko doceni nasze starania, odczuje, że traktujemy je z szacunkiem, poważnie, że wprowadzamy je w nasze prawdziwe, życiowe problemy, i okaże się zdolne do współdziałania. I choć może się to komuś wydawać nieprawdopodobne, faktem jest, że już w trzyletnim dziecku można mieć partnera.